niedziela, 27 maja 2012

Przemysł: dziecko

Zbliża się dzień dziecka i mam nieodparte wrażenie, że dziecko jest ostatnio tym na co wszelki handel stara się mnie dzisiaj skusić. Przykładowy haczyk na młodą mamę. Mam kupić wózek (najlepiej w euro stylu), wiatraczek, jakiś dmuchany szmelc i masę grających pierdół, które będą zaburzać spokój w moim domu. A jak mówię, że nie wierzę w edukacyjność większości zabawek edukacyjnych to patrzą na mnie jak na wariatkę.

Ale proszę państwa - czy ktoś kiedyś udowodnił, że dziecko któremu wszystko wokół gra, śpiewa i się mieni rozwija się (no właśnie, niby jak ma się rozwijać?) lepiej? - co znaczy, że niby lepiej? niektórzy mówią, że rozwija się szybciej. Tylko, że mi się wcale a wcale nie śpieszy! Nie zamierzam zmuszać mojego syna do przyśpieszenia! Kto powiedział, że rozwój ma być szybki? Czy ktoś udowodnił, że szybkie zdobywanie nowych umiejętności jest lepsze niż powolne ich ćwiczenie?

Więc jestem wariatką, która zamiast tony piszczących zabawek pozwala dziecku poobcować z drzewem w czasie długiego spaceru, wziąć do buzi kawałek zerwanej trawy czy podnieść z ziemi tradycyjną grzechotkę i nie lecę jej zaraz wyparzać. Zaznaczę przy tym, że mój maluch nie narzeka. Owszem, jeśli pojawi się w domu coś nowego co wydaje dźwięki i ma światełka mały jest zachwycony... na jakieś 15 minut. Po tym czasie nudzi mu się i leci szukać kolejnych wyzwań.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz