Chciałam liczyć błogosławieństwa i już po jednym zabrakło mi pomysłów.
Chciałam liczyć i następnego dnia przydarzała mi się ta cudowna historia.
Jadę tramwajem. Jest zimno, bagatela jakieś -20 stopni.
Mam na dłoniach rękawice bez palców. Takie złapałam w drodze do samochodu (zawsze źle mi się prowadzi w tych z palcami) ale w tramwaju zaczynam żałować, że nie mam ze sobą jeszcze czegoś na palce. Grzeję dłonie pocierając jedna o drugą.
Naprzeciwko mnie starszy Pan uśmiecha się pod nosem. Odpowiadam mu uśmiechem.
On zdejmuje z rąk rękawice. Jedną i drugą parę. Podaje mi te lżejsze i mówi "proszę, przydadzą się Pani"
To było wzruszające, przemiłe, bardzo ciepłe i pomocne. Otrzymałam coś, o co nawet nie prosiłam, od obcej osoby. I jestem temu człowiekowi naprawdę wdzięczna. Jakoś tak odzyskałam wiarę w ludzi po tej niedzieli, dzięki niemu. Jakoś zrobiło mi się weselej i lżej na duszy. Usiadłam do pracy z nowym zapałem. A te rękawiczki chyba oprawię w ramkę i powieszę w biurze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz