jutro czeka mnie wizyta u nowego lekarza. szczęśliwiec ten jeszcze nie wie, że będzie prowadził moją ciążę dalej. o ile się dogadamy oczywiście...
i tutaj pojawia się właśnie pewien problem. z pierwszym lekarzem okres 'dotarcia się' zajął prawie cały pierwszy trymestr. przeszliśmy rozmowy w stylu:
lekarz: proszę brać witaminy marki X
ja: proszę dać skierowanie na biochemię, to jak wyjdą braki to będę brała
ostatecznie wiedziałam, że chociaż patrzy na mnie jak na trochę zacofaną wariatkę to w czasie porodu nie będzie się zbytnio pieklił kiedy odmówię podania oksytocyny, przebicia pęcherza etc. zresztą, i tak planowałam rodzić w domu - o czym lekarz wiedział i raczył to nawet skwitować, że taka forma porodu w dzisiejszych czasach jest tylko dla tak upartych kobiet jak ja :D pewnie chciał powiedzieć bab ale mu nie wypadało ;)
teraz, kiedy przeprowadzka wymusiła konieczność zmiany lekarza i planów porodowych - nie znalazłam położnej do porodu domowego w Białymstoku - myśl o pierwszej wizycie i konieczności tłumaczenia od nowa swoich racji jakoś mnie przeraża. tak po prostu się boję. niby to śmieszne, w końcu to nie jedyny lekarz, jeśli powie, że warunki porodowe, które stawiam są nie do spełnienia to pójdę do innej prywatnej kliniki.
tak czy inaczej, czuję się jakbym musiała szykować się na wojnę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz